piątek, 22 listopada 2013

Rozdział 1 ~Vivian

- No, jesteśmy - oznajmił zadowolony tata - Wysiadać.
Wygrzebałam się bez entuzjazmu z samochodu i rozglądnęłam się po okolicy. Boże.
Może zacznę od tego, że to zupełne odludzie. Minęliśmy tylko jedną, jedyną wioseczkę i to z pół godziny drogi temu. Samochodem. A szczerze wątpię, czy ojciec będzie chciał nas wozić tam i z powrotem za każdym razem, gdy zachce nam się powrotu do cywilizacji...
Wracając do konkretów. Dom był ogromny, zbudowany w duchu klasycznego polskiego dworku. Otaczał go wielki ogród, strasznie zarośnięty, z wijącą się żwirową alejką. Na tyłach budynku znajdowała się druga część ogrodu, z oczkiem wodnym i altanką obrośnięta jakąś niezidentyfikowaną roślina (róża? winorośl? coś pomiędzy?). Z lewej strony, trochę oddalone, stały budynki gospodarcze i pastwisko. Z prawej rósł sad, a za nim... Wolność. Dzika przestrzeń. Las. Nie, nie las - głucha puszcza.
Tu wszędzie są drzewa. Ogromne. Potężne.
- Polska, kraina drzew, bagien i much - mruknęłam pod nosem.
- Co mówiłaś? - zapytał groźnie ojciec - Vivian!
- Nic, nic - uśmiechnęłam się słodko - Może już wejdziemy do domu... tatusiu?
Ojciec uśmiechnął się z zadowoleniem i ruszył raźno żwirową alejką, wymachując staroświeckim kluczem. Za nim płynęła mama, błogo uśmiechnięta. Margaret pośpieszyła za nimi.
- Nie idziesz? - zapytałam Louisy. Ta się popatrzyła na mnie spode łba i wzruszyła ramionami.
- Emerytki przodem - warknęła w końcu.
- Smarkate przodem - odpyskowałam.
Wszystko, jak zwykle, zmierzało do konfliktu. Erin, jak zwykle, nas nie słuchała i, ze słuchawkami na uszach, kiwała się w takt muzyki. Czy raczej tego walenia, które niektórzy nazywają muzyką.
- Idźże w końcu. Słyszysz?
- NIE! - wrzasnęła.
- Powinnaś mieć na imię Rita - sarknęłam.
- Czemu? - spytała ostrożnie.
- Patronka od spraw beznadziejnych!
W Louisie wszystko zawrzało. Już miała coś powiedzieć, już widziałam, jak szuka w myślach odpowiednio wulgarnego słowa, gdy nagle doleciał nas wrzask wściekłego ojca:
- DZIEWCZYNY! Co wy tam, do jasnej cholery, robicie?! Doprosić się was nie można, żebyście wreszcie raczyły ruszyć tyłki! Jazda mi stamtąd, ale już!
Zostawiłam Louisę samą (no, dobra... samą z Erin) i pobiegłam alejką.  Rodzice stali pod drzwiami - mama siłowała się z kluczem, a tata rozmawiał z Margaret, dawał mamie rady i na nas krzyczał równocześnie.
- Tatooo, a co do tego konia... - usłyszałam słodziutki głosik Margaret. Boże, daj cierpliwość.
- Idźcie do stajni - uśmiechnął się głupkowato ojciec. Margaret puściła się galopem, Louisa podobnie. Z ciekawości, poszłam za nimi.
To, co zobaczyłam, nie zasługiwało na miano konia. Na starej, brudnej słomie stało zwierzę o aparycji słonia. Patrzyło na nas apatycznie, coś żując.
- To klacz wujka! Był do niej bardzo przywiązany, dlatego jej nie sprzedał! Myślałem, że ucieszycie się, kiedy będziecie się mogły nią opiekować! - doleciały mnie słowa taty. Tylko tego jeszcze brakuje! Mam niby przerzucać gnój  wyprodukowany przez to... to coś?!
Na moich siostrach nowy pupilek wywarł podobne wrażenie:
- Wielkie dzięki! - Louisa, jak zwykle urocza.
-  Tato... Ty chyba nie myślisz, że my będziemy na niej jeździć? - zapytałam, z trudem tłumiąc irytację.
- Jeździć może nie, ale... - dalej już go nie słuchałam. Opuściłam tą szopę, którą niektórzy nazywają stajnią i skierowałam się w stronę dworku. W tym samym czasie mówiło kilka osób: tata coś tłumaczył Louisie, Margaret chyba ją pocieszała, Loisa się piekliła, a mama irytowała. Co za rodzina!
Nagle obok mnie pojawiła się Louisa, wyraźnie zadowolona. Jej zmienność nastrojów jest wręcz zatrważająca.
- A ty co się cieszysz? - warknęłam.
- Może komuś się tu nie podoba? - odparła złośliwie i wróciła do Erin.
Ona mnie naprawdę potrafi doprowadzić do szału.
W środku dom wyglądał całkiem podobnie jak na zewnątrz, znaczy jak stara, zaniedbana rudera. Nie miałam ochoty oglądać zawartości parteru i od razu weszłam na pierwsze piętro. Zawierało łazienkę, gabinet, bibliotekę i dużą sypialnię z podwójnym łóżkiem. Zakładam, że dla rodziców.
Na drugim piętrze znajdowały się trzy pokoje. Jeden z nich wyglądał nawet przyzwoicie. Jednak traf chciał, że wpadł on w oko także Margaret...
- Jest mój - rzuciłam, niby mimochodem.
- Tak? A ja uważam, że nie - najeżyła się.
- Dlaczego, jeśli można wiedzieć?
- Ma miętowe ściany!
- I co z tego?!
- Przestań na mnie krzyczeć!
- Nie krzyczę!
- Jesteś starsza, powinnaś umieć ustąpić!
- To starszym się ustępuje, nie na odwrót!
- PRZESTAŃ SIĘ NA MNIE DRZEĆ!
- Dziewczyny, co to ma znaczyć? - usłyszałam groźne pytanie taty. Stał w połowie schodów, patrząc na nas wzrokiem pod tytułem "Dlaczego wy zawsze wszystko psujecie?".
- Bo ona nie chce mi oddać tego pokoju - wyśpiewała szybko Margaret. Zmiażdżyłam ją wzrokiem.
- Vivian - pokręcił głową ojciec - jako najstarsza i najrozsądniejsza powinnaś ustąpić młodszej siostrze. Przecież to tylko pokój.
- Dobrze, tato - westchnęłam. Jednak gdy tylko zadowolony ojciec się obrócił, Margaret pokazała mi język.
- Ukręcę łeb - wyszeptałam i pobiegłam prosto do trzeciego pokoju. Mieścił się on tuż obok schodów prowadzących na strych. Drzwi były stare i odrapane, farba się z nich łuszczyła. Ohyda.
Mój nowy pokój okazał się mały i brudny. Z mebli staroświeckie łóżko, komoda, lampa i toaletka. Absolutnie do remontu.
Rzuciłam się na łóżko. Nienawidzę tego miejsca.