- No, jesteśmy - oznajmił zadowolony tata - Wysiadać.
Wygrzebałam się bez entuzjazmu z samochodu i rozglądnęłam się po okolicy. Boże.
Może zacznę od tego, że to zupełne odludzie. Minęliśmy tylko jedną, jedyną wioseczkę i to z pół godziny drogi temu. Samochodem. A szczerze wątpię, czy ojciec będzie chciał nas wozić tam i z powrotem za każdym razem, gdy zachce nam się powrotu do cywilizacji...
Wracając do konkretów. Dom był ogromny, zbudowany w duchu klasycznego polskiego dworku. Otaczał go wielki ogród, strasznie zarośnięty, z wijącą się żwirową alejką. Na tyłach budynku znajdowała się druga część ogrodu, z oczkiem wodnym i altanką obrośnięta jakąś niezidentyfikowaną roślina (róża? winorośl? coś pomiędzy?). Z lewej strony, trochę oddalone, stały budynki gospodarcze i pastwisko. Z prawej rósł sad, a za nim... Wolność. Dzika przestrzeń. Las. Nie, nie las - głucha puszcza.
Tu wszędzie są drzewa. Ogromne. Potężne.
- Polska, kraina drzew, bagien i much - mruknęłam pod nosem.
- Co mówiłaś? - zapytał groźnie ojciec - Vivian!
- Nic, nic - uśmiechnęłam się słodko - Może już wejdziemy do domu... tatusiu?
Ojciec uśmiechnął się z zadowoleniem i ruszył raźno żwirową alejką, wymachując staroświeckim kluczem. Za nim płynęła mama, błogo uśmiechnięta. Margaret pośpieszyła za nimi.
- Nie idziesz? - zapytałam Louisy. Ta się popatrzyła na mnie spode łba i wzruszyła ramionami.
- Emerytki przodem - warknęła w końcu.
- Smarkate przodem - odpyskowałam.
Wszystko, jak zwykle, zmierzało do konfliktu. Erin, jak zwykle, nas nie słuchała i, ze słuchawkami na uszach, kiwała się w takt muzyki. Czy raczej tego walenia, które niektórzy nazywają muzyką.
- Idźże w końcu. Słyszysz?
- NIE! - wrzasnęła.
- Powinnaś mieć na imię Rita - sarknęłam.
- Czemu? - spytała ostrożnie.
- Patronka od spraw beznadziejnych!
W Louisie wszystko zawrzało. Już miała coś powiedzieć, już widziałam, jak szuka w myślach odpowiednio wulgarnego słowa, gdy nagle doleciał nas wrzask wściekłego ojca:
- DZIEWCZYNY! Co wy tam, do jasnej cholery, robicie?! Doprosić się was nie można, żebyście wreszcie raczyły ruszyć tyłki! Jazda mi stamtąd, ale już!
Zostawiłam Louisę samą (no, dobra... samą z Erin) i pobiegłam alejką. Rodzice stali pod drzwiami - mama siłowała się z kluczem, a tata rozmawiał z Margaret, dawał mamie rady i na nas krzyczał równocześnie.
- Tatooo, a co do tego konia... - usłyszałam słodziutki głosik Margaret. Boże, daj cierpliwość.
- Idźcie do stajni - uśmiechnął się głupkowato ojciec. Margaret puściła się galopem, Louisa podobnie. Z ciekawości, poszłam za nimi.
To, co zobaczyłam, nie zasługiwało na miano konia. Na starej, brudnej słomie stało zwierzę o aparycji słonia. Patrzyło na nas apatycznie, coś żując.
- To klacz wujka! Był do
niej bardzo przywiązany, dlatego jej nie sprzedał! Myślałem, że
ucieszycie się, kiedy będziecie się mogły nią opiekować! - doleciały mnie słowa taty. Tylko tego jeszcze brakuje! Mam niby przerzucać gnój wyprodukowany przez to... to coś?!
Na moich siostrach nowy pupilek wywarł podobne wrażenie:
- Wielkie dzięki! - Louisa, jak zwykle urocza.
- Tato... Ty chyba nie myślisz, że my będziemy na niej jeździć? - zapytałam, z trudem tłumiąc irytację.
- Jeździć może nie, ale... - dalej już go nie słuchałam. Opuściłam tą szopę, którą niektórzy nazywają stajnią i skierowałam się w stronę dworku. W tym samym czasie mówiło kilka osób: tata coś tłumaczył Louisie, Margaret chyba ją pocieszała, Loisa się piekliła, a mama irytowała. Co za rodzina!
Nagle obok mnie pojawiła się Louisa, wyraźnie zadowolona. Jej zmienność nastrojów jest wręcz zatrważająca.
- A ty co się cieszysz? - warknęłam.
- Może komuś się tu nie podoba? - odparła złośliwie i wróciła do Erin.
Ona mnie naprawdę potrafi doprowadzić do szału.
W środku dom wyglądał całkiem podobnie jak na zewnątrz, znaczy jak stara, zaniedbana rudera. Nie miałam ochoty oglądać zawartości parteru i od razu weszłam na pierwsze piętro. Zawierało łazienkę, gabinet, bibliotekę i dużą sypialnię z podwójnym łóżkiem. Zakładam, że dla rodziców.
Na drugim piętrze znajdowały się trzy pokoje. Jeden z nich wyglądał nawet przyzwoicie. Jednak traf chciał, że wpadł on w oko także Margaret...
- Jest mój - rzuciłam, niby mimochodem.
- Tak? A ja uważam, że nie - najeżyła się.
- Dlaczego, jeśli można wiedzieć?
- Ma miętowe ściany!
- I co z tego?!
- Przestań na mnie krzyczeć!
- Nie krzyczę!
- Jesteś starsza, powinnaś umieć ustąpić!
- To starszym się ustępuje, nie na odwrót!
- PRZESTAŃ SIĘ NA MNIE DRZEĆ!
- Dziewczyny, co to ma znaczyć? - usłyszałam groźne pytanie taty. Stał w połowie schodów, patrząc na nas wzrokiem pod tytułem "Dlaczego wy zawsze wszystko psujecie?".
- Bo ona nie chce mi oddać tego pokoju - wyśpiewała szybko Margaret. Zmiażdżyłam ją wzrokiem.
- Vivian - pokręcił głową ojciec - jako najstarsza i najrozsądniejsza powinnaś ustąpić młodszej siostrze. Przecież to tylko pokój.
- Dobrze, tato - westchnęłam. Jednak gdy tylko zadowolony ojciec się obrócił, Margaret pokazała mi język.
- Ukręcę łeb - wyszeptałam i pobiegłam prosto do trzeciego pokoju. Mieścił się on tuż obok schodów prowadzących na strych. Drzwi były stare i odrapane, farba się z nich łuszczyła. Ohyda.
Mój nowy pokój okazał się mały i brudny. Z mebli staroświeckie łóżko, komoda, lampa i toaletka. Absolutnie do remontu.
Rzuciłam się na łóżko. Nienawidzę tego miejsca.
piątek, 22 listopada 2013
wtorek, 15 października 2013
Rozdział 1 ~ Erin
W samolocie siedziałam obok Vivian. Usadowiłam się obok okna, więc mogłam odizolować się od rodziny. Lecieliśmy jakieś dwie godziny, może mniej. Przez cały czas miałam słuchawki na uszach i nie słuchałam, o czym rozmawiają członkowie mojej rodziny. Szczerze? Nie miałam ochoty na tą wyprowadzkę. W Londynie każdy się mnie bał, jednak byłam szanowana i większość ludzi dobrze wiedziała, że jestem dość...hmmm... oryginalna. Teraz, w tej dziurze wszystko trzeba będzie budować od nowa. W dodatku w Anglii było więcej atrakcji. Często zdarzał się jakiś koncert, była okazja potańczyć pogo. A tam? Co tam będzie? Dom, stajnia, rodzina i koń? Czarno to widzę. No ale, trzeba od czasu do czasu posłuchać rodziców...
Po tym, jak znaleźliśmy się w Polsce, od razu pojechaliśmy obejrzeć nowy dom. Klacz stała w stajni. Nawet mi się spodobała. Miała w sobie coś takiego, co mnie do niej przyciągało. Czułam, że jesteśmy podobne. Po spotkaniu z nowym zwierzakiem poszłam wybrać sobie pokój. Na piętrze Margaret i Vivian kłóciły się o kwaterę. Nawet prosiły mnie o rozstrzygnięcie sporu, ale powiedziałam, że zwyczajnie mam to gdzieś. Skierowałam się piętro wyżej. Zobaczyłam zamknięte drzwi po prawej stronie korytarza. Szybkim krokiem poszłam w ich kierunku. Lekko je uchyliłam i... stanęłam jak wryta. Moim oczom ukazał się mały pokoik z granatowymi ścianami. Każdy mebel w pomieszczeniu był biały, w stylu retro. Dla mnie idealnie. Szafa, komoda, łóżko, szafka nocna oraz maleńki stolik wraz z krzesłem. To wszystko mnie urzekło. Podeszłam do okna i zrobiło mi się przyjemnie. Ujrzałam wiejską drogę, kilka domów, a w oddali las. Było wspaniale. Kiedy tak stałam do pokoju zajrzała Louisa.
- Podoba ci się? - zapytała z lekkim uśmiechem.
- Niezły - na mojej twarzy także pojawił się cień uśmiechu. Nawet nie zauważyłam kiedy wyszła. Zrobiła to tak cicho, jak weszła. Oderwałam wzrok od malowniczego widoku i sięgnęłam po torebkę. Wyjęłam z niej komórkę i słuchawki. Zamknęłam pokój i położyłam się na łóżku w prawym kącie pomieszczenia. Włączyłam muzykę. Odpłynęłam przy dźwiękach November Rain zespołu Guns N' Roses. Myślałam nad naszą przeprowadzką. Może jeszcze wyjdzie mi to na dobre? Wow, pierwszy raz myślę optymistycznie. Chyba wiejskie powietrze mi służy.
Leżałam tak z zamkniętymi oczami dłuższą chwilę.
Absolutna sielanka.
Po tym, jak znaleźliśmy się w Polsce, od razu pojechaliśmy obejrzeć nowy dom. Klacz stała w stajni. Nawet mi się spodobała. Miała w sobie coś takiego, co mnie do niej przyciągało. Czułam, że jesteśmy podobne. Po spotkaniu z nowym zwierzakiem poszłam wybrać sobie pokój. Na piętrze Margaret i Vivian kłóciły się o kwaterę. Nawet prosiły mnie o rozstrzygnięcie sporu, ale powiedziałam, że zwyczajnie mam to gdzieś. Skierowałam się piętro wyżej. Zobaczyłam zamknięte drzwi po prawej stronie korytarza. Szybkim krokiem poszłam w ich kierunku. Lekko je uchyliłam i... stanęłam jak wryta. Moim oczom ukazał się mały pokoik z granatowymi ścianami. Każdy mebel w pomieszczeniu był biały, w stylu retro. Dla mnie idealnie. Szafa, komoda, łóżko, szafka nocna oraz maleńki stolik wraz z krzesłem. To wszystko mnie urzekło. Podeszłam do okna i zrobiło mi się przyjemnie. Ujrzałam wiejską drogę, kilka domów, a w oddali las. Było wspaniale. Kiedy tak stałam do pokoju zajrzała Louisa.
- Podoba ci się? - zapytała z lekkim uśmiechem.
- Niezły - na mojej twarzy także pojawił się cień uśmiechu. Nawet nie zauważyłam kiedy wyszła. Zrobiła to tak cicho, jak weszła. Oderwałam wzrok od malowniczego widoku i sięgnęłam po torebkę. Wyjęłam z niej komórkę i słuchawki. Zamknęłam pokój i położyłam się na łóżku w prawym kącie pomieszczenia. Włączyłam muzykę. Odpłynęłam przy dźwiękach November Rain zespołu Guns N' Roses. Myślałam nad naszą przeprowadzką. Może jeszcze wyjdzie mi to na dobre? Wow, pierwszy raz myślę optymistycznie. Chyba wiejskie powietrze mi służy.
Leżałam tak z zamkniętymi oczami dłuższą chwilę.
Absolutna sielanka.
poniedziałek, 7 października 2013
Rozdział 1 ~ Louisa
Dojechaliśmy. Sama nie mogę w to uwierzyć. Lecieliśmy może dwie godziny, a mi wydawało się jakbyśmy lecieli dwa tygodnie. Miałam okropne mdłości...
Te loty to chyba nie dla mnie.
Całe szczęście, że dojazd taksówką nie trwał długo. Samochód zostawiliśmy siostrze taty, która została w Londynie. Wszystkie nasze rzeczy powinny dojechać ciężarówką.
Swoją drogą, trzeba przyznać, że warto było. Dom okazał się być cudowny. Taki... wiejski. I spokojny. Marzyłam o takim miejscu. Dobrze, że przeprowadziliśmy się już teraz, kiedy jeszcze nie miałam zbytnio uszkodzonego słuchu, od tego ciągłego trąbienia i innych nieprzyjemnych dźwięków ulicznych.
Gdyby nie moja hałaśliwa rodzinka, byłoby tu naprawdę idealnie. Już sobie wyobrażam, gdy zostanę tu sama... Wyciszyłam się. Już miałam odpłynąć, gdy... brutalny odgłos traktora przerwał moją medytację.
Wzdrygnęłam się.
- Taato, co do tego konia... - zaczęła Margaret. No tak, nie było ani chwili do stracenia.
- Idźcie do stajni - uśmiechnął się przebiegle tata. Co?! Myślałam, że się przesłyszałam! Przecież nie mógł tak szybko załatwić konia! Z resztą, wolałybyśmy sobie same jakiegoś wybrać... Wyczułam jakiś podstęp.
Margaret puściła torbę i biegiem udała się do stajni. Nieufnie ruszyłam za nią, za mną Vivian. Erin chyba nie dosłyszała, ciągle słuchała tej melancholijnej muzy...
Gdy byłam blisko, usłyszałam jęk rozczarowanie Margaret. Wbiegłam do środka, a tam...
Na brudnej słomie stała szarobura klacz, która wolno przeżuwała jakieś zielsko. Był to ciężki koń pociągowy, nie lekki arab! Myślałam, że uduszę tatę za to, że nas tak oszukał.
- To klacz wujka! Był do niej bardzo przywiązany, dlatego jej nie sprzedał! Myślałem, że ucieszycie się, kiedy będziecie się mogły nią opiekować! - krzyknął z daleka uśmiechnięty tata.
- Wielkie dzięki! - wychrypiałam. Nie spodziewałam się takiej taniej szmiry. Ciekawe, jak my mamy jeździć na takiej grubasce! Vivian wyglądała na nie mniej zdziwioną.
- Tato, ty chyba nie myślisz, że my mamy na niej jeździć? - zapytała oburzona.
- Jeździć może nie, ale musicie o nią dbać i się nią opiekować. Tak napisał wujek w postscriptum testamentu - powiedział stanowczo tata. Ekstra. Teraz nas jeszcze będą zmuszać. Najlepiej, co nie?! Poczułam, że w środku robię się czerwona.
- No cóż, klacz wydaje się być miła - Margaret niezgrabnie poklepała klacz po karku. Koń nawet nie zaragował. Dalej w spokoju skubała swoje siano. Inaczej to sobie wyobrażałam.
- Dziewczyny, zostawcie już tego konia i chodźcie zobaczyć dom - krzyknęła mama. Zobaczyłam wywrót oczu Vivian. Widać było, że wolałaby zostać w Londynie ze swoimi kumpelkami. Aż się uśmiechnęłam na myśl, że wyjazd zrobił jej na złość.
- A ty co się cieszysz? - uniosła brwi Viv.
- Może komuś się tu podoba? - uśmiechnęłam się złośliwie. Prychnęła w odpowiedzi. Przestałam zwracać na nią uwagę i przyjrzałam się domowi. Wydawał się stary... To dobrze. Erin stanęła obok mnie.
- I jak ci się podoba? - zapytałam.
- Niezły - stwierdziła i weszła do środka. Zostałam na zewnątrz sama. Próbowałam się wtopić w tło. Wyobrazić sobie, że jestem cząstką tego miejsca... Próbowałam wsłuchać się w ciszę. Odgłos traktora uniemożliwił mi to doszczętnie.
- Idziesz? - głos Margaret przerwał moje rozmyślenia. Z taką dużą rodziną nie ma co liczyć na chwilę ciszy.
- Już idę - powiedziałam i przekroczyłam duże, ciemnobrązowe drzwi wejściowe. Tutaj też nie dane mi było zaznać ani chwili spokoju. Co chwila dochodził mnie okrzyk rodziców: "Ooo, jaka przestronna kuchnia!" i "Ooo, jaki telewizor!". Darowałam sobie te wszystkie pomieszczenia i od razu skierowałam się na górę. Pierwsze piętro, drugie piętro... tutaj Viv i Margaret kłóciły się o coś. Jak mniemam, o pokój. Szerokim łukiem ominęłam to miejsce. Ten pokój już dawno został zaklepany... Poszłam dalej. Zauważyłam uchylone drzwi i nieśmiało zerknęłam do środka. Erin stała wpatrzona w okno. Albo raczej cudowny widok rozciągający się za nim. Od razu pozazdrościłam jej tego miejsca.
- Podoba ci się? - uśmiechnęłam się mimo woli.
- Niezły - przez jej twarz przemknął cień uśmiechu. Wyszłam cicho i stanęłam na korytarzu. Na końcu zobaczyłam schody prowadzące jeszcze wyżej. Zrobiło mi się nagle okropnie dziwnie. Szybko wyliczyłam w głowie listę pomieszczeń które powinny się znajdować na piętrach. Zapomniałam o strychu! Powoli ruszyłam jeszcze wyżej. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że idę do wieży umieszczonej w jakimś starym zamczysku... I prawie nie zabiłam się na ostatnim schodku.
Na górze zobaczyłam najlepsze miejsce, jakie mogłam sobie wyobrazić. Duża przestrzeń, duże okna, ale po ciemnej stronie domu, widok na pastwisko. W roku stara, ciężka szafa. Pod oknem stary kufer. Wyglądał tak... tajemniczo! Ściany bladoszare, po dodaniu jakiejś tapety będzie jak znalazł.
- Idealnie! - aż klasnęłam w dłonie. I pierwszy raz od bardzo dawna poczułam się w końcu na swoim miejscu.
Te loty to chyba nie dla mnie.
Całe szczęście, że dojazd taksówką nie trwał długo. Samochód zostawiliśmy siostrze taty, która została w Londynie. Wszystkie nasze rzeczy powinny dojechać ciężarówką.
Swoją drogą, trzeba przyznać, że warto było. Dom okazał się być cudowny. Taki... wiejski. I spokojny. Marzyłam o takim miejscu. Dobrze, że przeprowadziliśmy się już teraz, kiedy jeszcze nie miałam zbytnio uszkodzonego słuchu, od tego ciągłego trąbienia i innych nieprzyjemnych dźwięków ulicznych.
Gdyby nie moja hałaśliwa rodzinka, byłoby tu naprawdę idealnie. Już sobie wyobrażam, gdy zostanę tu sama... Wyciszyłam się. Już miałam odpłynąć, gdy... brutalny odgłos traktora przerwał moją medytację.
Wzdrygnęłam się.
- Taato, co do tego konia... - zaczęła Margaret. No tak, nie było ani chwili do stracenia.
- Idźcie do stajni - uśmiechnął się przebiegle tata. Co?! Myślałam, że się przesłyszałam! Przecież nie mógł tak szybko załatwić konia! Z resztą, wolałybyśmy sobie same jakiegoś wybrać... Wyczułam jakiś podstęp.
Margaret puściła torbę i biegiem udała się do stajni. Nieufnie ruszyłam za nią, za mną Vivian. Erin chyba nie dosłyszała, ciągle słuchała tej melancholijnej muzy...
Gdy byłam blisko, usłyszałam jęk rozczarowanie Margaret. Wbiegłam do środka, a tam...
Na brudnej słomie stała szarobura klacz, która wolno przeżuwała jakieś zielsko. Był to ciężki koń pociągowy, nie lekki arab! Myślałam, że uduszę tatę za to, że nas tak oszukał.
- To klacz wujka! Był do niej bardzo przywiązany, dlatego jej nie sprzedał! Myślałem, że ucieszycie się, kiedy będziecie się mogły nią opiekować! - krzyknął z daleka uśmiechnięty tata.
- Wielkie dzięki! - wychrypiałam. Nie spodziewałam się takiej taniej szmiry. Ciekawe, jak my mamy jeździć na takiej grubasce! Vivian wyglądała na nie mniej zdziwioną.
- Tato, ty chyba nie myślisz, że my mamy na niej jeździć? - zapytała oburzona.
- Jeździć może nie, ale musicie o nią dbać i się nią opiekować. Tak napisał wujek w postscriptum testamentu - powiedział stanowczo tata. Ekstra. Teraz nas jeszcze będą zmuszać. Najlepiej, co nie?! Poczułam, że w środku robię się czerwona.
- No cóż, klacz wydaje się być miła - Margaret niezgrabnie poklepała klacz po karku. Koń nawet nie zaragował. Dalej w spokoju skubała swoje siano. Inaczej to sobie wyobrażałam.
- Dziewczyny, zostawcie już tego konia i chodźcie zobaczyć dom - krzyknęła mama. Zobaczyłam wywrót oczu Vivian. Widać było, że wolałaby zostać w Londynie ze swoimi kumpelkami. Aż się uśmiechnęłam na myśl, że wyjazd zrobił jej na złość.
- A ty co się cieszysz? - uniosła brwi Viv.
- Może komuś się tu podoba? - uśmiechnęłam się złośliwie. Prychnęła w odpowiedzi. Przestałam zwracać na nią uwagę i przyjrzałam się domowi. Wydawał się stary... To dobrze. Erin stanęła obok mnie.
- I jak ci się podoba? - zapytałam.
- Niezły - stwierdziła i weszła do środka. Zostałam na zewnątrz sama. Próbowałam się wtopić w tło. Wyobrazić sobie, że jestem cząstką tego miejsca... Próbowałam wsłuchać się w ciszę. Odgłos traktora uniemożliwił mi to doszczętnie.
- Idziesz? - głos Margaret przerwał moje rozmyślenia. Z taką dużą rodziną nie ma co liczyć na chwilę ciszy.
- Już idę - powiedziałam i przekroczyłam duże, ciemnobrązowe drzwi wejściowe. Tutaj też nie dane mi było zaznać ani chwili spokoju. Co chwila dochodził mnie okrzyk rodziców: "Ooo, jaka przestronna kuchnia!" i "Ooo, jaki telewizor!". Darowałam sobie te wszystkie pomieszczenia i od razu skierowałam się na górę. Pierwsze piętro, drugie piętro... tutaj Viv i Margaret kłóciły się o coś. Jak mniemam, o pokój. Szerokim łukiem ominęłam to miejsce. Ten pokój już dawno został zaklepany... Poszłam dalej. Zauważyłam uchylone drzwi i nieśmiało zerknęłam do środka. Erin stała wpatrzona w okno. Albo raczej cudowny widok rozciągający się za nim. Od razu pozazdrościłam jej tego miejsca.
- Podoba ci się? - uśmiechnęłam się mimo woli.
- Niezły - przez jej twarz przemknął cień uśmiechu. Wyszłam cicho i stanęłam na korytarzu. Na końcu zobaczyłam schody prowadzące jeszcze wyżej. Zrobiło mi się nagle okropnie dziwnie. Szybko wyliczyłam w głowie listę pomieszczeń które powinny się znajdować na piętrach. Zapomniałam o strychu! Powoli ruszyłam jeszcze wyżej. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że idę do wieży umieszczonej w jakimś starym zamczysku... I prawie nie zabiłam się na ostatnim schodku.
Na górze zobaczyłam najlepsze miejsce, jakie mogłam sobie wyobrazić. Duża przestrzeń, duże okna, ale po ciemnej stronie domu, widok na pastwisko. W roku stara, ciężka szafa. Pod oknem stary kufer. Wyglądał tak... tajemniczo! Ściany bladoszare, po dodaniu jakiejś tapety będzie jak znalazł.
- Idealnie! - aż klasnęłam w dłonie. I pierwszy raz od bardzo dawna poczułam się w końcu na swoim miejscu.
niedziela, 22 września 2013
Prolog
~ LOUISA
- Dziewczyny! Vivian, Louisa, Erin, Margaret! Chodźcie! - krzyknęła matka. Nie śpieszyło mi się. Czytałam świetną książkę, i nie miałam zamiaru wstawać z łóżka. Słyszałam, kroki Margaret. Poza nią, żadna się nie ruszyła. Mieszkaliśmy w wieżowcu, a mieliśmy tylko dwa pokoje. W jednym byłyśmy upchane we cztery, drugi służył za salon i sypialnię rodziców.
- Dziewczyny! Nie będę was więcej wołać! - krzyczała dalej. Ojejku, bo ktoś się nią przejmie.
- Chodźcie! Rodzice mają jakieś fantastyczne wieści! - krzyknęła Margaret. Odłożyłam książkę i wolnym krokiem ruszyłam do kuchni. Usiadłam przy stole i znudzonym wzrokiem popatrzyłam po rodzicach.
- No? - zapytałam, kiedy Viv i Erin też doszły.
- Czy was zawsze trzeba wołać po trzy razy?! Ile możecie iść z pokoju? - powiedział zdenerwowany tata.
- Długo - odpyskowała Vivian. Ojciec popatrzył na nią wzrokiem "przejdźmy do rzeczy".
- Umarł mój brat - powiedziała smutno mama. - Nie widziałam się nim przeszło dziesięć lat. To naprawdę dużo. Tym bardziej, że był moim jedynym rodzeństwem - westchnęła.
- Bardzo nam smutno, mamo, ale co my mamy z tym wspólnego? - zapytała ciekawie Margaret.
- Nawet go nie znałyśmy - mruknęłam. W tej chwili poczułam, jak drętwieje mi ręka od podpierania głowy. Mało nie rąbnęłam czołem w blat.
- Chodzi o to, że... - zaczął tata marszcząc brwi.
- ...zostawił w spadku dom. Napisał testament, który notariusz wysłał nam pocztą. Byłam jego najbliższą rodziną, więc mi wszystko zostawił. Trochę pieniędzy, dom i gospodarstwo, ale co dziwnego, przed śmiercią, sprzedał wszystkie zwierzęta, prócz... - tata nie pozwolił mamie dokończyć. On był Brytyjczykiem, i to przez niego mieszkaliśmy w Londynie, a nie w Polsce.
- I teraz decyzja: zostajemy, czy się przeprowadzamy? Warunkiem otrzymania pieniędzy, jest zamieszkanie w domu.
- Wyprowadzamy się! - krzyknęła Margaret z dużym uśmiechem na ustach.
- Wyprowadzka byłaby chyba najlepszym rozwiązaniem - powiedziała Vivian. Jak zwykle, musiała użyć tego wkurzającego tonu: "ja zawsze mam rację".
- Taaak, wyprowadzkaa! - powiedziałam powoli z udawanych entuzjazmem wyrzucając pięć w górę w zwolnionym tempie. Naprawdę bardzo cieszyłam się, że nie będę musiała dzielić pokoju z czterema dojrzewającymi nastolatkami.
- Wyprowadźmy się - rzekła Erin bez wyrazu. Jakby jej nie zależało. Ale ja wiedziałam, że zależy.
- Na pewno chcecie? Dopiero rozpoczął się rok szkolny, nie wiem czy to dobry pomysł - powiedziała nerwowo mama. Jak zwykle musi się denerwować. A ja zbyt dużo naoglądałam się czerwonych autobusów, czerwonych budek telefonicznych. London Eye widziałam, Tower Bridge też, Big Bena mam po uszy. Potrzebuję NATYCHMIASTOWEJ zmiany otoczenia. Chcę do Polski. Tam mnie ciągnie.
- Jeżeli tylko będę miała własny pokój, przeprowadźmy się jeszcze dziś - dałam nacisk na słowo "własny".
- Każda z was będzie miała osobny pokój. Dom jest podobno duży, trzypiętrowy. Strych, ogromny ogród, piwnica i gospodarstwo do ewentualnej przebudowy - odczytał kolejno tata.
- Jestem za - uśmiechnęła się Viv.
- Ja też - poparła ją Margaret.
- Może być - powiedziałam kryjąc uśmiech.
- Więc zacznijcie się pakować, idę przejrzeć loty - powiedział wesoło tata zakładając kurtkę.
- Loty? - zapytała Margaret.
- Samolotem - mrugnął tata i wyszedł razem z mamą. Wiadomo - przeprowadzka za granicę równa się mnóstwo procedur do załatwienia. Zdumiona oparłam się o ścianę i spojrzałam przez okno.
Nie wątpliwe, że patrzę na tego obrzydliwego Big Bena ostatni raz.
- Jeżeli tylko będę miała własny pokój, przeprowadźmy się jeszcze dziś - dałam nacisk na słowo "własny".
- Każda z was będzie miała osobny pokój. Dom jest podobno duży, trzypiętrowy. Strych, ogromny ogród, piwnica i gospodarstwo do ewentualnej przebudowy - odczytał kolejno tata.
- Jestem za - uśmiechnęła się Viv.
- Ja też - poparła ją Margaret.
- Może być - powiedziałam kryjąc uśmiech.
- Więc zacznijcie się pakować, idę przejrzeć loty - powiedział wesoło tata zakładając kurtkę.
- Loty? - zapytała Margaret.
- Samolotem - mrugnął tata i wyszedł razem z mamą. Wiadomo - przeprowadzka za granicę równa się mnóstwo procedur do załatwienia. Zdumiona oparłam się o ścianę i spojrzałam przez okno.
Nie wątpliwe, że patrzę na tego obrzydliwego Big Bena ostatni raz.
***
- Sama nie wiem, czy to dobry pomysł - zaczęła Margaret, gdy wyładowani walizkami, torbami i pakunkami mieliśmy jechać na lotnisko.
- Margaret! Nie utrudniaj! - krzyknęła mama próbując zmieścić się do samochodu.
- Jedźmy już - mruknęła Erin oglądając swoje pomalowane na czarno paznokcie. Tymczasem ja miałam przebłysk geniuszu. Wiedziałam, do czego zmierza Margaret. Czasami najmłodsza nie okazywała się być najgłupsza.
- W sumie, ja też nie jestem przekonana - dodałam niepewnie. Vivian popatrzyła na mnie pogardliwie. W ogóle nie znała się na sztuce "zyskaj więcej".
- Nie denerwujcie mnie. Spóźnimy się na samolot! - krzyknął tata. - Czego chcecie?
- Zwierzaka - powiedziała z małym uśmieszkiem Margaret zakładając ręce na piersi.
- Dla każdej - dodałam i popatrzyłam wyniośle na Viv. Uwielbiałam patrzeć na nią w ten sposób.
- Tyle razy wam mówiliśmy! Nie ma mowy... - zaczęła mama, ale po chwili twarz jej pojaśniała, kiedy to tata powiedział jej coś na ucho.
- Dobrze. Dostaniecie konia. Jednego - powiedział tata bez mrugnięcia okiem. Aż mnie zatkało. Ale żeby od razu konia?! No nie spodziewałam się.
- Wolałabym kota... Będziemy mieszkać na wsi, czyż nie? Mamy do dyspozycji całe gospodarstwo i...
- Zobaczy się - powiedział wymijająco tata i kazał uradowanej Margaret natychmiast wsiadać do samochodu. Tym razem wsiadła bez oporu.
Ruszyliśmy. Pożegnaliśmy Londyn chmurą brudno szarego kurzu.
***
- Prosimy zapiąć pasy i wstrzymać oddech - powiedziała żartobliwie stewardesa. - Ruszamy! -
Tym razem opuszczaliśmy Wielką Brytanię na serio. Ciamkając malinową gumą do żucia patrzyłam przez małe okienko jak rozpędzamy się na pasie startowym. Niesamowite uczucie.
sobota, 21 września 2013
Przepowiednia
Zaprawdę powiadam wam, oto skończył się czas pokoju i
dobrobytu w Hadranie. Nadchodzi Era Zimy, Era Chłodu i Era Zamieci. A każdą z
nich okupią tysiące ofiar – żyć ludzkich.
Nadejdzie panowanie Drhal’d Mada, Pogromcy, Tyrana. Każdy oddech stanie udręką, każda myśl przyniesie ból, każde słowo będzie śmiercią. Strzeżcie się! To będzie Wiek Wojny!
Świat umrze i powstanie, poniesie klęskę i zwycięży. Oczekujcie znaków, oczekujcie wybawienia!
Albowiem nadejdą Laem Askar, Promienie Słońca, które strawią świat ogniem, ochłodzą wodą, oczyszczą wiatrem i dadzą życie ziemią, aby świat mógł się odrodzić!
Tak będzie! Oczekujcie znaków...
Subskrybuj:
Posty (Atom)