niedziela, 22 września 2013

Prolog

~ LOUISA

- Dziewczyny! Vivian, Louisa, Erin, Margaret! Chodźcie! - krzyknęła matka. Nie śpieszyło mi się. Czytałam świetną książkę, i nie miałam zamiaru wstawać z łóżka. Słyszałam, kroki Margaret. Poza nią, żadna się nie ruszyła. Mieszkaliśmy w wieżowcu, a mieliśmy tylko dwa pokoje. W jednym byłyśmy upchane we cztery, drugi służył za salon i sypialnię rodziców. 
- Dziewczyny! Nie będę was więcej wołać! - krzyczała dalej. Ojejku, bo ktoś się nią przejmie. 
- Chodźcie! Rodzice mają jakieś fantastyczne wieści! - krzyknęła Margaret. Odłożyłam książkę i wolnym krokiem ruszyłam do kuchni. Usiadłam przy stole i znudzonym wzrokiem popatrzyłam po rodzicach.
- No? - zapytałam, kiedy Viv i Erin też doszły.
- Czy was zawsze trzeba wołać po trzy razy?! Ile możecie iść z pokoju? - powiedział zdenerwowany tata. 
- Długo - odpyskowała Vivian. Ojciec popatrzył na nią wzrokiem "przejdźmy do rzeczy".
- Umarł mój brat - powiedziała smutno mama. - Nie widziałam się nim przeszło dziesięć lat. To naprawdę dużo. Tym bardziej, że był moim jedynym rodzeństwem - westchnęła.
- Bardzo nam smutno, mamo, ale co my mamy z tym wspólnego? - zapytała ciekawie Margaret.
- Nawet go nie znałyśmy - mruknęłam. W tej chwili poczułam, jak drętwieje mi ręka od podpierania głowy. Mało nie rąbnęłam czołem w blat.
- Chodzi o to, że... - zaczął tata marszcząc brwi.
- ...zostawił w spadku dom. Napisał testament, który notariusz wysłał nam pocztą. Byłam jego najbliższą rodziną, więc mi wszystko zostawił. Trochę pieniędzy, dom i gospodarstwo, ale co dziwnego, przed śmiercią, sprzedał wszystkie zwierzęta, prócz... - tata nie pozwolił mamie dokończyć. On był Brytyjczykiem, i to przez niego mieszkaliśmy w Londynie, a nie w Polsce.
- I teraz decyzja: zostajemy, czy się przeprowadzamy? Warunkiem otrzymania pieniędzy, jest zamieszkanie w domu.
- Wyprowadzamy się! - krzyknęła Margaret z dużym uśmiechem na ustach.
- Wyprowadzka byłaby chyba najlepszym rozwiązaniem - powiedziała Vivian. Jak zwykle, musiała użyć tego wkurzającego tonu: "ja zawsze mam rację".
- Taaak, wyprowadzkaa! - powiedziałam powoli z udawanych entuzjazmem wyrzucając pięć w górę w zwolnionym tempie. Naprawdę bardzo cieszyłam się, że nie będę musiała dzielić pokoju z czterema dojrzewającymi nastolatkami. 
- Wyprowadźmy się - rzekła Erin bez wyrazu. Jakby jej nie zależało. Ale ja wiedziałam, że zależy. 
- Na pewno chcecie? Dopiero rozpoczął się rok szkolny, nie wiem czy to dobry pomysł - powiedziała nerwowo mama. Jak zwykle musi się denerwować. A ja zbyt dużo naoglądałam się czerwonych autobusów, czerwonych budek telefonicznych. London Eye widziałam, Tower Bridge też, Big Bena mam po uszy. Potrzebuję NATYCHMIASTOWEJ zmiany otoczenia. Chcę do Polski. Tam mnie ciągnie.
- Jeżeli tylko będę miała własny pokój, przeprowadźmy się jeszcze dziś - dałam nacisk na słowo "własny".
- Każda z was będzie miała osobny pokój. Dom jest podobno duży, trzypiętrowy. Strych, ogromny ogród, piwnica i gospodarstwo do ewentualnej przebudowy - odczytał kolejno tata. 
- Jestem za - uśmiechnęła się Viv.
- Ja też - poparła ją Margaret.
- Może być - powiedziałam kryjąc uśmiech.
- Więc zacznijcie się pakować, idę przejrzeć loty - powiedział wesoło tata zakładając kurtkę.
- Loty? - zapytała Margaret.
- Samolotem - mrugnął tata i wyszedł razem z mamą. Wiadomo - przeprowadzka za granicę równa się mnóstwo procedur do załatwienia. Zdumiona oparłam się o ścianę i spojrzałam przez okno. 
Nie wątpliwe, że patrzę na tego obrzydliwego Big Bena ostatni raz. 

***
- Sama nie wiem, czy to dobry pomysł - zaczęła Margaret, gdy wyładowani walizkami, torbami i pakunkami mieliśmy jechać na lotnisko. 
- Margaret! Nie utrudniaj! - krzyknęła mama próbując zmieścić się do samochodu. 
- Jedźmy już - mruknęła Erin oglądając swoje pomalowane na czarno paznokcie. Tymczasem ja miałam przebłysk geniuszu. Wiedziałam, do czego zmierza Margaret. Czasami najmłodsza nie okazywała się być najgłupsza.
- W sumie, ja też nie jestem przekonana - dodałam niepewnie. Vivian popatrzyła na mnie pogardliwie. W ogóle nie znała się na sztuce "zyskaj więcej".
- Nie denerwujcie mnie. Spóźnimy się na samolot! - krzyknął tata. - Czego chcecie?
- Zwierzaka - powiedziała z małym uśmieszkiem Margaret zakładając ręce na piersi. 
- Dla każdej - dodałam i popatrzyłam wyniośle na Viv. Uwielbiałam patrzeć na nią w ten sposób.
- Tyle razy wam mówiliśmy! Nie ma mowy... - zaczęła mama, ale po chwili twarz jej pojaśniała, kiedy to tata powiedział jej coś na ucho.
- Dobrze. Dostaniecie konia. Jednego - powiedział tata bez mrugnięcia okiem. Aż mnie zatkało. Ale żeby od razu konia?! No nie spodziewałam się.
- Wolałabym kota... Będziemy mieszkać na wsi, czyż nie? Mamy do dyspozycji całe gospodarstwo i...
- Zobaczy się - powiedział wymijająco tata i kazał uradowanej Margaret natychmiast wsiadać do samochodu. Tym razem wsiadła bez oporu.
Ruszyliśmy. Pożegnaliśmy Londyn chmurą brudno szarego kurzu. 

***
- Prosimy zapiąć pasy i wstrzymać oddech - powiedziała żartobliwie stewardesa. - Ruszamy! - 
Tym razem opuszczaliśmy Wielką Brytanię na serio. Ciamkając malinową gumą do żucia patrzyłam przez małe okienko jak rozpędzamy się na pasie startowym. Niesamowite uczucie.

sobota, 21 września 2013

Przepowiednia


Zaprawdę powiadam wam, oto skończył się czas pokoju i dobrobytu w Hadranie. Nadchodzi Era Zimy, Era Chłodu i Era Zamieci. A każdą z nich okupią tysiące ofiar – żyć ludzkich.
Nadejdzie panowanie Drhal’d Mada, Pogromcy, Tyrana. Każdy oddech stanie udręką, każda myśl przyniesie ból, każde słowo będzie śmiercią. Strzeżcie się! To będzie Wiek Wojny!
Świat umrze i powstanie, poniesie klęskę i zwycięży. Oczekujcie znaków, oczekujcie wybawienia!
Albowiem nadejdą Laem Askar, Promienie Słońca, które strawią świat ogniem, ochłodzą wodą, oczyszczą wiatrem i dadzą życie ziemią, aby świat mógł się odrodzić!
Tak będzie! Oczekujcie znaków...