~ LOUISA
- Dziewczyny! Vivian, Louisa, Erin, Margaret! Chodźcie! - krzyknęła matka. Nie śpieszyło mi się. Czytałam świetną książkę, i nie miałam zamiaru wstawać z łóżka. Słyszałam, kroki Margaret. Poza nią, żadna się nie ruszyła. Mieszkaliśmy w wieżowcu, a mieliśmy tylko dwa pokoje. W jednym byłyśmy upchane we cztery, drugi służył za salon i sypialnię rodziców.
- Dziewczyny! Nie będę was więcej wołać! - krzyczała dalej. Ojejku, bo ktoś się nią przejmie.
- Chodźcie! Rodzice mają jakieś fantastyczne wieści! - krzyknęła Margaret. Odłożyłam książkę i wolnym krokiem ruszyłam do kuchni. Usiadłam przy stole i znudzonym wzrokiem popatrzyłam po rodzicach.
- No? - zapytałam, kiedy Viv i Erin też doszły.
- Czy was zawsze trzeba wołać po trzy razy?! Ile możecie iść z pokoju? - powiedział zdenerwowany tata.
- Długo - odpyskowała Vivian. Ojciec popatrzył na nią wzrokiem "przejdźmy do rzeczy".
- Umarł mój brat - powiedziała smutno mama. - Nie widziałam się nim przeszło dziesięć lat. To naprawdę dużo. Tym bardziej, że był moim jedynym rodzeństwem - westchnęła.
- Bardzo nam smutno, mamo, ale co my mamy z tym wspólnego? - zapytała ciekawie Margaret.
- Nawet go nie znałyśmy - mruknęłam. W tej chwili poczułam, jak drętwieje mi ręka od podpierania głowy. Mało nie rąbnęłam czołem w blat.
- Chodzi o to, że... - zaczął tata marszcząc brwi.
- ...zostawił w spadku dom. Napisał testament, który notariusz wysłał nam pocztą. Byłam jego najbliższą rodziną, więc mi wszystko zostawił. Trochę pieniędzy, dom i gospodarstwo, ale co dziwnego, przed śmiercią, sprzedał wszystkie zwierzęta, prócz... - tata nie pozwolił mamie dokończyć. On był Brytyjczykiem, i to przez niego mieszkaliśmy w Londynie, a nie w Polsce.
- I teraz decyzja: zostajemy, czy się przeprowadzamy? Warunkiem otrzymania pieniędzy, jest zamieszkanie w domu.
- Wyprowadzamy się! - krzyknęła Margaret z dużym uśmiechem na ustach.
- Wyprowadzka byłaby chyba najlepszym rozwiązaniem - powiedziała Vivian. Jak zwykle, musiała użyć tego wkurzającego tonu: "ja zawsze mam rację".
- Taaak, wyprowadzkaa! - powiedziałam powoli z udawanych entuzjazmem wyrzucając pięć w górę w zwolnionym tempie. Naprawdę bardzo cieszyłam się, że nie będę musiała dzielić pokoju z czterema dojrzewającymi nastolatkami.
- Wyprowadźmy się - rzekła Erin bez wyrazu. Jakby jej nie zależało. Ale ja wiedziałam, że zależy.
- Na pewno chcecie? Dopiero rozpoczął się rok szkolny, nie wiem czy to dobry pomysł - powiedziała nerwowo mama. Jak zwykle musi się denerwować. A ja zbyt dużo naoglądałam się czerwonych autobusów, czerwonych budek telefonicznych. London Eye widziałam, Tower Bridge też, Big Bena mam po uszy. Potrzebuję NATYCHMIASTOWEJ zmiany otoczenia. Chcę do Polski. Tam mnie ciągnie.
- Jeżeli tylko będę miała własny pokój, przeprowadźmy się jeszcze dziś - dałam nacisk na słowo "własny".
- Każda z was będzie miała osobny pokój. Dom jest podobno duży, trzypiętrowy. Strych, ogromny ogród, piwnica i gospodarstwo do ewentualnej przebudowy - odczytał kolejno tata.
- Jestem za - uśmiechnęła się Viv.
- Ja też - poparła ją Margaret.
- Może być - powiedziałam kryjąc uśmiech.
- Więc zacznijcie się pakować, idę przejrzeć loty - powiedział wesoło tata zakładając kurtkę.
- Loty? - zapytała Margaret.
- Samolotem - mrugnął tata i wyszedł razem z mamą. Wiadomo - przeprowadzka za granicę równa się mnóstwo procedur do załatwienia. Zdumiona oparłam się o ścianę i spojrzałam przez okno.
Nie wątpliwe, że patrzę na tego obrzydliwego Big Bena ostatni raz.
- Jeżeli tylko będę miała własny pokój, przeprowadźmy się jeszcze dziś - dałam nacisk na słowo "własny".
- Każda z was będzie miała osobny pokój. Dom jest podobno duży, trzypiętrowy. Strych, ogromny ogród, piwnica i gospodarstwo do ewentualnej przebudowy - odczytał kolejno tata.
- Jestem za - uśmiechnęła się Viv.
- Ja też - poparła ją Margaret.
- Może być - powiedziałam kryjąc uśmiech.
- Więc zacznijcie się pakować, idę przejrzeć loty - powiedział wesoło tata zakładając kurtkę.
- Loty? - zapytała Margaret.
- Samolotem - mrugnął tata i wyszedł razem z mamą. Wiadomo - przeprowadzka za granicę równa się mnóstwo procedur do załatwienia. Zdumiona oparłam się o ścianę i spojrzałam przez okno.
Nie wątpliwe, że patrzę na tego obrzydliwego Big Bena ostatni raz.
***
- Sama nie wiem, czy to dobry pomysł - zaczęła Margaret, gdy wyładowani walizkami, torbami i pakunkami mieliśmy jechać na lotnisko.
- Margaret! Nie utrudniaj! - krzyknęła mama próbując zmieścić się do samochodu.
- Jedźmy już - mruknęła Erin oglądając swoje pomalowane na czarno paznokcie. Tymczasem ja miałam przebłysk geniuszu. Wiedziałam, do czego zmierza Margaret. Czasami najmłodsza nie okazywała się być najgłupsza.
- W sumie, ja też nie jestem przekonana - dodałam niepewnie. Vivian popatrzyła na mnie pogardliwie. W ogóle nie znała się na sztuce "zyskaj więcej".
- Nie denerwujcie mnie. Spóźnimy się na samolot! - krzyknął tata. - Czego chcecie?
- Zwierzaka - powiedziała z małym uśmieszkiem Margaret zakładając ręce na piersi.
- Dla każdej - dodałam i popatrzyłam wyniośle na Viv. Uwielbiałam patrzeć na nią w ten sposób.
- Tyle razy wam mówiliśmy! Nie ma mowy... - zaczęła mama, ale po chwili twarz jej pojaśniała, kiedy to tata powiedział jej coś na ucho.
- Dobrze. Dostaniecie konia. Jednego - powiedział tata bez mrugnięcia okiem. Aż mnie zatkało. Ale żeby od razu konia?! No nie spodziewałam się.
- Wolałabym kota... Będziemy mieszkać na wsi, czyż nie? Mamy do dyspozycji całe gospodarstwo i...
- Zobaczy się - powiedział wymijająco tata i kazał uradowanej Margaret natychmiast wsiadać do samochodu. Tym razem wsiadła bez oporu.
Ruszyliśmy. Pożegnaliśmy Londyn chmurą brudno szarego kurzu.
***
- Prosimy zapiąć pasy i wstrzymać oddech - powiedziała żartobliwie stewardesa. - Ruszamy! -
Tym razem opuszczaliśmy Wielką Brytanię na serio. Ciamkając malinową gumą do żucia patrzyłam przez małe okienko jak rozpędzamy się na pasie startowym. Niesamowite uczucie.