wtorek, 15 października 2013

Rozdział 1 ~ Erin

W samolocie siedziałam obok Vivian. Usadowiłam się obok okna, więc mogłam odizolować się od rodziny. Lecieliśmy jakieś dwie godziny, może mniej. Przez cały czas miałam słuchawki na uszach i nie słuchałam, o czym rozmawiają członkowie mojej rodziny. Szczerze? Nie miałam ochoty na tą wyprowadzkę. W Londynie każdy się mnie bał, jednak byłam szanowana i większość ludzi dobrze wiedziała, że jestem dość...hmmm... oryginalna. Teraz, w tej dziurze wszystko trzeba będzie budować od nowa. W dodatku w Anglii było więcej atrakcji. Często zdarzał się jakiś koncert, była okazja potańczyć pogo. A tam? Co tam będzie? Dom, stajnia, rodzina i koń? Czarno to widzę. No ale, trzeba od czasu do czasu posłuchać rodziców...
Po tym, jak znaleźliśmy się w Polsce, od razu pojechaliśmy obejrzeć nowy dom. Klacz stała w stajni. Nawet mi się spodobała. Miała w sobie coś takiego, co mnie do niej przyciągało. Czułam, że jesteśmy podobne. Po spotkaniu z nowym zwierzakiem poszłam wybrać sobie pokój. Na piętrze Margaret i Vivian kłóciły się o kwaterę. Nawet prosiły mnie o rozstrzygnięcie sporu, ale powiedziałam, że zwyczajnie mam to gdzieś. Skierowałam się piętro wyżej. Zobaczyłam zamknięte drzwi po prawej stronie korytarza. Szybkim krokiem poszłam w ich kierunku. Lekko je uchyliłam i... stanęłam jak wryta. Moim oczom ukazał się mały pokoik z granatowymi ścianami. Każdy mebel w pomieszczeniu był biały, w stylu retro. Dla mnie idealnie. Szafa, komoda, łóżko, szafka nocna oraz maleńki stolik wraz z krzesłem. To wszystko mnie urzekło. Podeszłam do okna i zrobiło mi się przyjemnie. Ujrzałam wiejską drogę, kilka domów, a w oddali las. Było wspaniale. Kiedy tak stałam do pokoju zajrzała Louisa.
- Podoba ci się? - zapytała z lekkim uśmiechem.
- Niezły - na mojej twarzy także pojawił się cień uśmiechu. Nawet nie zauważyłam kiedy wyszła. Zrobiła to tak cicho, jak weszła. Oderwałam wzrok od malowniczego widoku i sięgnęłam po torebkę. Wyjęłam z niej komórkę i słuchawki. Zamknęłam pokój i położyłam się na łóżku w prawym kącie pomieszczenia. Włączyłam muzykę. Odpłynęłam przy dźwiękach November Rain zespołu Guns N' Roses. Myślałam nad naszą przeprowadzką. Może jeszcze wyjdzie mi to na dobre? Wow, pierwszy raz myślę optymistycznie. Chyba wiejskie powietrze mi służy.
Leżałam tak z zamkniętymi oczami dłuższą chwilę.
Absolutna sielanka.

poniedziałek, 7 października 2013

Rozdział 1 ~ Louisa

Dojechaliśmy. Sama nie mogę w to uwierzyć. Lecieliśmy może dwie godziny, a mi wydawało się jakbyśmy lecieli dwa tygodnie. Miałam okropne mdłości...
Te loty to chyba nie dla mnie.
Całe szczęście, że dojazd taksówką nie trwał długo. Samochód zostawiliśmy siostrze taty, która została w Londynie. Wszystkie nasze rzeczy powinny dojechać ciężarówką.
Swoją drogą, trzeba przyznać, że warto było. Dom okazał się być cudowny. Taki... wiejski. I spokojny. Marzyłam o takim miejscu. Dobrze, że przeprowadziliśmy się już teraz, kiedy jeszcze nie miałam zbytnio uszkodzonego słuchu, od tego ciągłego trąbienia i innych nieprzyjemnych dźwięków ulicznych.
Gdyby nie moja hałaśliwa rodzinka, byłoby tu naprawdę idealnie. Już sobie wyobrażam, gdy zostanę tu sama... Wyciszyłam się. Już miałam odpłynąć, gdy... brutalny odgłos traktora przerwał moją medytację.
Wzdrygnęłam się.
- Taato, co do tego konia... - zaczęła Margaret. No tak, nie było ani chwili do stracenia.
- Idźcie do stajni - uśmiechnął się przebiegle tata. Co?! Myślałam, że się przesłyszałam! Przecież nie mógł tak szybko załatwić konia! Z resztą, wolałybyśmy sobie same jakiegoś wybrać... Wyczułam jakiś podstęp.
Margaret puściła torbę i biegiem udała się do stajni. Nieufnie ruszyłam za nią, za mną Vivian. Erin chyba nie dosłyszała, ciągle słuchała tej melancholijnej muzy...
Gdy byłam blisko, usłyszałam jęk rozczarowanie Margaret. Wbiegłam do środka, a tam...
Na brudnej słomie stała szarobura klacz, która wolno przeżuwała jakieś zielsko. Był to ciężki koń pociągowy, nie lekki arab! Myślałam, że uduszę tatę za to, że nas tak oszukał.
- To klacz wujka! Był do niej bardzo przywiązany, dlatego jej nie sprzedał! Myślałem, że ucieszycie się, kiedy będziecie się mogły nią opiekować! - krzyknął z daleka uśmiechnięty tata.
- Wielkie dzięki! - wychrypiałam. Nie spodziewałam się takiej taniej szmiry. Ciekawe, jak my mamy jeździć na takiej grubasce! Vivian wyglądała na nie mniej zdziwioną.
- Tato, ty chyba nie myślisz, że my mamy na niej jeździć? - zapytała oburzona.
- Jeździć może nie, ale musicie o nią dbać i się nią opiekować. Tak napisał wujek w postscriptum testamentu - powiedział stanowczo tata. Ekstra. Teraz nas jeszcze będą zmuszać. Najlepiej, co nie?! Poczułam, że w środku robię się czerwona. 
- No cóż, klacz wydaje się być miła - Margaret niezgrabnie poklepała klacz po karku. Koń nawet nie zaragował. Dalej w spokoju skubała swoje siano. Inaczej to sobie wyobrażałam.
- Dziewczyny, zostawcie już tego konia i chodźcie zobaczyć dom - krzyknęła mama. Zobaczyłam wywrót oczu Vivian. Widać było, że wolałaby zostać w Londynie ze swoimi kumpelkami. Aż się uśmiechnęłam na myśl, że wyjazd zrobił jej na złość. 
- A ty co się cieszysz? - uniosła brwi Viv. 
- Może komuś się tu podoba? - uśmiechnęłam się złośliwie. Prychnęła w odpowiedzi. Przestałam zwracać na nią uwagę i przyjrzałam się domowi. Wydawał się stary... To dobrze. Erin stanęła obok mnie.
- I jak ci się podoba? - zapytałam.
- Niezły - stwierdziła i weszła do środka. Zostałam na zewnątrz sama. Próbowałam się wtopić w tło. Wyobrazić sobie, że jestem cząstką tego miejsca... Próbowałam wsłuchać się w ciszę. Odgłos traktora uniemożliwił mi to doszczętnie.  
- Idziesz? - głos Margaret przerwał moje rozmyślenia. Z taką dużą rodziną nie ma co liczyć na chwilę ciszy.
- Już idę - powiedziałam i przekroczyłam duże, ciemnobrązowe drzwi wejściowe. Tutaj też nie dane mi było zaznać ani chwili spokoju. Co chwila dochodził mnie okrzyk rodziców: "Ooo, jaka przestronna kuchnia!" i "Ooo, jaki telewizor!". Darowałam sobie te wszystkie pomieszczenia i od razu skierowałam się na górę. Pierwsze piętro, drugie piętro... tutaj Viv i Margaret kłóciły się o coś. Jak mniemam, o pokój. Szerokim łukiem ominęłam to miejsce. Ten pokój już dawno został zaklepany... Poszłam dalej. Zauważyłam uchylone drzwi i nieśmiało zerknęłam do środka. Erin stała wpatrzona w okno. Albo raczej cudowny widok rozciągający się za nim. Od razu pozazdrościłam jej tego miejsca.
- Podoba ci się? - uśmiechnęłam się mimo woli. 
- Niezły - przez jej twarz przemknął cień uśmiechu. Wyszłam cicho i stanęłam na korytarzu. Na końcu zobaczyłam schody prowadzące jeszcze wyżej. Zrobiło mi się nagle okropnie dziwnie. Szybko wyliczyłam w głowie listę pomieszczeń które powinny się znajdować na piętrach. Zapomniałam o strychu! Powoli ruszyłam jeszcze wyżej. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że idę do wieży umieszczonej w jakimś starym zamczysku... I prawie nie zabiłam się na ostatnim schodku. 
Na górze zobaczyłam najlepsze miejsce, jakie mogłam sobie wyobrazić. Duża przestrzeń, duże okna, ale po ciemnej stronie domu, widok na pastwisko. W roku stara, ciężka szafa. Pod oknem stary kufer. Wyglądał tak... tajemniczo! Ściany bladoszare, po dodaniu jakiejś tapety będzie jak znalazł. 
- Idealnie! - aż klasnęłam w dłonie. I pierwszy raz od bardzo dawna poczułam się w końcu na swoim miejscu.